Strona g??wna


Rozwiązania


Technologie


Klienci


Firma


Kariera w e-point SA


Kontakt

 
 



 
 












e-point bike team na maratonie Mazovia MTB

2009.09.09

W niedzielę 6 września w XI edycji Mazovii MTB Marathon wystartował
7-osobowy skład e-point bike team. Tym razem impreza odbyła się
w Józefowie k/Warszawy na dystansach: Giga-76 km, Mega-44 km.

Ponad 1200 uczestników wzięło udział w XI edycji Mazovii. Trasa maratonu, prowadząca przez Park Mazowiecki, była bardzo wymagająca. Dziesiątki gwałtownych zjazdów, podjazdów, wzgórz i piaszczystych zakrętów wymagały od zawodników dużego doświadczenia oraz dobrze przygotowanych rowerów górskich. Urwany łańcuch czy przerzutka to częsty widok towarzyszący uczestnikom.

Jak na tej trasie poradził sobie e-point bike team? Awans w klasyfikacji drużynowej aż o 24 pozycje i 1132 zdobytych punktów mówią same za siebie!

Za dwa tygodnie spotykamy się na kolejnej, przedostatniej już edycji tegorocznego cyklu Mazovii, która po raz pierwszy organizowana będzie w Radomiu.

:: Poznaj e-point bike team <patrz od lewej>
:: Zapraszamy do galerii zdjęć z maratonu <zobacz>

Blogowo, czyli niebanalne wrażenia e-point bike team
  • SKAZANI NA SUKCES
    Autor - Kamila, nr startowy: 3195

Rejestrację, wizytę w Biurze Zawodów i dojazd do Józefowa pamiętam jak przez mgłę.  Potem wypatrywałam w tłumie skupiska zielono-granatowych mundurków prezentujących się dumnie na tle pospolitych czarno-czerwonych logotypów Mazovii MTB. Któż by nie chciał jechać w takiej drużynie. Przygotowania poszły sprawnie, więc pełna nadziei i determinacji stanęłam w sektorze. I tak się to zaczęło.

Za nami majaczyły rzesze tych, którzy nie ośmielili się podjąć Mega wyzwania i pozostali przy wersji Hobby. e-point bike team wyróżniał się na tle pozostałych - coś w ich spojrzeniach mówiło, że jadą po zwycięstwo, że czują w powietrzu subtelny zapach lauru. Słońce igrało na ich kaskach, na wypolerowanych ramach, wiatr muskał lekko zniecierpliwione oczekiwaniem jednośladowce. Na sygnał ruszyli, porwani szalonym pędem, wyłaniając się raz po raz z płynącej fali ścigaczy. Lekko - niczym zwiewne eteryczne formy - sunęli ponad konarami, wymijając bez wysiłku konkurentów; płynęli przez rozlane połacie piasku, wznosili się i opadali wraz z terenem.

Przez pierwsze 5 km jakaś nadzieja kazała mi jeszcze sądzić, że nie spuszczę z oka tych świetlistych rycerzy, potem jednak 1.5-metrowi hobbyści mijając mnie raz po raz wybili mi z głowy te mrzonki. Na 10 kilometrze już tylko wspomnienie tej niezwykłej aury zwycięstwa jaką roztaczali dawało siły, by brnąć dalej przez nieprzyjazny teren. Handlarze power-up'ów zapewne nawet nie zauważyli jak przemknęli obok nich z tą samą, nieumniejszoną determinacją tych, którzy zdolni są tylko zwyciężać. Konkurenci padali jak muchy, a oni trwali, upadali i podnosili się z upadku – bo wszak nie sztuką jest nie upaść, lecz właśnie z nową siłą podnieść się i dalej gnać po zwycięstwo. Trzydziesty kilometr był apogeum - rumak mój miotał się już ostatkiem sił, cofając się przed kolejną górą piachu. A oni... świętowali już wtedy zwycięstwo.  I tylko jakiś chochlik złośliwy sprawił, że podium zarezerwowano dla sponsorów. Oni jednak pewni swej chwały nie musieli dopraszać się nagrody - wracali bowiem z uśmiechem na ustach, po kolejnym zwycięskim boju, sławiąc dobre imię miejsca, z którego wyrośli. Odprowadzani przez wiwatujący tłum dumnie opuszczali pole wali. Pozostały wspomnienia na całe życie - odrapania, siniaki i rany cięte od roweru. Szlachetny skryba zaś ze swym pomocnikiem uwiecznił - jak pamiętał - owe niezwykłe zdarzenia w postaci tajemniczych fotosów.

I tak to właśnie było.. a innym opowieściom nie dawajcie wiary.

  • SOSENKI, KWIATUSZKI I JASNY PIASEK ŚCIEŻKI
    Autor - Piotr, nr startowy: 1921

Na dworcu Warszawa Śródmieście pociąg do Józefowa przywitał mnie... zamkniętymi drzwiami i sygnałem do odjazdu... Jednak w momencie rozpaczliwego dobijania się do wejścia zostałem zauważony przez życzliwego konduktora, który jednak uchylił mi nieba. W pociągu jeszcze dodatkowa chwila drzemki pozwoliła zregenerować siły po sobotnim koncercie.

Na miejscu obsługa serwisu przywitała mnie jako pierwszego klienta słowami: "a czego ten rower taki up...aprany?". Miło - myślę sobie - może później będzie lepiej. Jadąc wzdłuż sektorów w poszukiwaniu swojego mijam pierwszy - koszulki sponsorów, karbonowe ramy i osprzęt z górnej półki. Mijam drugi, trzeci, czwarty, piąty - poważne miny... widać, że przyjechali polepszyć swoje wyniki. Mijam szósty - "cześć Marek". Mijam siódmy, ósmy, dziewiąty - dobre humory dopisują. O! Jest i dziesiąty! Dalej już tylko piski dzieci z Hobby. W dziesiątym odnalazłem swoje miejsce pomiędzy trampkami, zwykłymi t-shirtami i brzuszkami. Jednak w koszulce e-point czułem się kimś wyjątkowym i miałem wciąż nadzieję, że nie poczuję szybkich oddechów dziesięciolatków na swoim karku. Sygnały startów kolejnych sektorów powoli nakręcały atmosferę, uśmiechy znikały a umysł zaczynał się skupiać na pracy mięśni.

Początek trasy był prosty - mijałem wielu... bardzo wielu, tylko po to by większość z nich spotkać po raz drugi na dalszych kilometrach trasy. Organizatorzy dobrze przemyśleli trasę... dużo miękkiego piachu i korzeni... gdy ktoś upadał na korzeniu - natychmiast lądował w miękki piasek. Pierwsze kilometry skłaniały do przemyśleń na temat swojej kondycji... Potem już tylko radość z siły pedałowania i żal, że nie poświęcało się rowerowi więcej czasu przed wyścigami. Po piętnastym kilometrze myślałem już o mocy swojego motocykla: czy dałby radę w takim terenie i o minach mijanych na nim przeciwników. Jest! Bufet! Czy są napoje izotoniczne? - Tak, znajdziesz je nadpite, zakopane w piachu na trzech kolejnych kilometrach trasy. - Dzięki, nie potrzebuję... No dobra, nikt nie widzi, biorę z ziemi... Po dwudziestym piątym kilometrze zacząłem się zastanawiać, dlaczego ja w ogóle lubię mój rower? Przecież ja bardziej lubię fotel przed komputerem i zimne piwko. Rower poczuł się obrażony - zdał się ożyć i dałbym wiarę, że przemówił: "Czujesz się samotny? Oto sosenka. Masz! Przytul się do niej!". Skok tygrysi przez kierownicę, sosenka chybiona o centymetry... "No co ty, Rower, przecież wiesz, że jesteś fajnym przyjacielem!". Złość mu przeszła i zabrał mnie w dalszą trasę w niesamowite miejsca. Nawet słonko zamówił specjalnie na zgodę. Piękne widoki: sosenki, kwiatuszki i jasny piasek ścieżki skąpane w promieniach słonecznych. Po kolejnym bufecie (i napojach z ziemi) towarzyszyła mi już tylko myśl o mecie. Ta przyjęła mnie otwartymi ramionami. Lecz o wiele lepszym widokiem była radość ludzi z naszego teamu witających mnie na mecie i dopingujących na ostatnich metrach. Przeszła nawet chandra po tym nieprzyjemnym uczuciu bycia wyprzedzanym na trasie.

Mam nadzieję, że nadejdzie ten moment kiedy i ja będę ich witał na mecie niczym ojciec syna po powrocie z wojska.


:: e-point bike team: 
   

Kamila K. - nr startowy: 3195

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 238/277, Sektor 10

Olga G. - nr startowy: 3196

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 190/277, Sektor 6

Łukasz N. - nr startowy: 883

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 1693/2737, Sektor 10

Artur H. - nr startowy: 1566

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 986/2737, Sektor 9

Piotr C. - nr startowy: 1921

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 1095/2737, Sektor 10

Marek B. - nr startowy: 840

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 856/2737, Sektor 5

Tomasz M. - nr startowy: 3197

Klasyfikacja Generalna - Mazovia MTB Marathon

Główna Open: 2344/2737, Sektor 9


 


Zobacz inne aktualności

 

  
send page
send page   
print page
print page